Sycylia z podróży poślubnej: Taormina
Sycylia! Po czterech dniach i 2500km jesteśmy u celu. A to (mapa) co nas czeka przez następne osiem dni. Ta wielka czarna plama w okolicy Taorminy to Etna – wciąż aktywny wulkan, który regularnie daje się we znaki okolicznym mieszkańcom. Tak na prawdę dopiero na zdjęciu satelitarnym (powered by Google) widać jak ogromne obszary są regularnie pustoszone jej działalność. Te ciemne rejony to po prostu krajobraz księżycowy, pełen czarnego pyłu, pod którym umiera niemal wszystko co żyje. Sycylijczycy mawiają, że Etna jest jak kobieta – równie kapryśna i nieprzewidywalna, o czym sami możemy się przekonać podróżując po jej zboczach… ale o tym później.
Informacja turystyczna: Palazzo Corvaja,
tel.: +39 0942 23243 www.gate2taormina.com
Dzień piąty: Taormina
Według mapy przez środek Taorminy, miasta którego historia sięga 403 r.p.n., przebiega czteropasmowa autostrada. W rzeczywistości nie ma tu śladu po drodze szybkiego ruchu, ponieważ jest ona skrzętnie ukryta wewnątrz góry Monte Tauro, na zboczach której położone jest to cudowne miasto. Z liczącego sobie 2300 lat greckiego teatru leżącego 200 m.n.p.m z rozciąga się zapierający dech w piersiach widok na przepiękną zatokę na wschodzie i dymiącą Etnę na zachodzie.
Niestety ta niezwykłość Taorminy jest zarazem jej przekleństwem. Jesteśmy tutaj zdecydowanie po sezonie, a mimo to przez ulice przelewają się spore ilości ludzi. Mieszkańcom miasta można jedynie współczuć gdyż nie mają szansy na chwilę prywatności i spokoju. Mimo, że zdecydowanie jest tutaj co oglądać, to jednak gwar i brak miejsca na odpoczynek stają się dla nas uciążliwe. Staramy się uciec od zgiełku i zatłoczonego, głównego deptaku, chowając się w zacienionych wąskich uliczkach. Niestety nawet na nich nie brakuje wszechobecnych straganów z badziewiem dla turystów, a my zdecydowanie nie tego szukamy. Jedyne miejsca gdzie faktycznie jest cicho i spokojnie, to te gdzie dotarcie wymaga pokonania wąskich i stromych schodów. Na szczęście całe miasto leży w zasadzie na wyszarpniętych skale tarasach, więc co jakiś czas udaje nam się znaleźć jakiś ustronny zakątek.
W przypadku Taorminy wiemy jedynie, że na pewno chcemy zobaczyć Teatro Greco, gdzie już 300 lat przed imprezą w Betlejem bawili się Grecy i tam też kierujemy pierwsze kroki. Niestety na miejscu, po zapłaceniu 2€ od osoby, okazuje się, że oprócz imponujących widoków niewiele jest tu do oglądania. Ot dziura w ziemi, trochę kamiennych schodów, kawałek muru i porozrzucane resztki kolumn. Zwyczajnie bez szału i gdyby nie wspaniały widok na wschodnie wybrzeże Sycylii oraz dymiącą w oddali Etnę chyba by nam się zrobiło żal tych kilku euro. Obieramy więc kurs na zachodnią część miasta i powoli snujemy się w tamtą stronę, oczywiście bocznymi uliczkami, unikając zgiełku.
Pod przerobionym na bibliotekę kościołem Augustynów robimy sobie mały postój. Jesteśmy na Piazza 9 Aprile skąd mamy fantastyczny widok zarówno na dolną część miasta wraz z kuszącym morzem, oraz groźnie wyglądającymi ruinami Castello Saraceno sterczącymi ze szczytu Monte Tauro. Zapada decyzja o wyprawie w górę – na kąpiel przyjdzie czas potem. Dla odmiany od wąskich i gęsto zaludnionych uliczek Taorminy, udajemy się więc na wędrówkę „tysiąca schodów”, do położonego dwa razy wyżej Castello Saraceno, a potem kolejne 200 metrów wyżej do Castelmola. Zdecydowanie warto bo widoki są rewelacyjne.
Po drodze odważnie zrywam owoc z jakiegoś kaktusa rosnącego przy ścieżce. Wszędobylscy sprzedawcy mają to na każdym straganie, czemu więc nie spróbować? Miąższ okazuje się być wprawdzie przepyszny, ale posiłek zostaje okupiony ciężkimi ranami kłutymi. Do wieczora moja Towarzyszka Życia wyciąga mi z palców, dłoni, a nawet języka, cieniutkie, kilkumilimetrowe igły, które na pierwszy rzut oka wydawały się być niegroźnymi włoskami. Najwyraźniej do tych owoców można zbliżać się jedynie w rękawicach ochronnych… tylko jak je potem zjeść?
Na koniec dnia w ramach relaksu serwujemy sobie kąpiel w krystalicznie czystych wodach morza jońskiego. Niestety roi się w nich od meduz i szybko okazuje się, że jestem jedynym z naszej dwójki, który jest na tyle zdeterminowany by się wśród nich wykąpać. Jak się okazuje Żona jak zwykle podjęła słuszniejszą decyzję . Mimo, że na głębszej wodzie mogłem sobie w spokoju ponurkować, to wracając do brzegu zostałem złośliwie poparzony przez tą mała pływającą galaretę. Na szczęście oparzenie nie jest groźne i kończy się jedynie na dokuczliwym swędzeniu.
Tu z kolei rodzi się pytanie – oto jesteśmy w Baia dell Isola Bella (czyli Zatoce Pięknej Wyspy), gdzie jest jedna z najdroższych plaż w europie. Podobno otaczające nas kosze plażowe rezerwowane są na cały rok przez gwiazdy filmowe i muzyczne z całego świata. Jak zatem oni korzystają z uroków tego niewątpliwie pięknego miejsca bez możliwości kąpieli? A może po prostu trafiliśmy na jakiś sezon godowy tej galaretowatej mazi? . Tak czy inaczej, miejsce to jest faktycznie piękne i w pełni zasługuje na swą banalną nazwę. Na dodatek woda jest tak krystalicznie przejrzysta, że bez trudu można dostrzec dno nawet 10 metrów pod stopami – wrażenia nieosiągalne nad naszym zimnym Bałtykiem.
By dotrzeć z powrotem do samochodu zaparkowanego na jednym z tarasów Taorminy czeka nas ponowna wspinaczka. Do wyboru gorący asfalt, pełen samochodów, oczywiście bez chodnika – to przecież niepotrzebna strata miejsca, lub kolejna wycieczka po schodach wąską i krętą Via Bongiovanni Pescatore. Ze względu na późną porę jesteśmy skłonni zaryzykować spacer główną drogą dojazdową do centrum miasta.
Jak jednak moglibyśmy podążyć za swoim postanowieniem, gdy ni stąd ni zowąd widzimy przed oczami Znak. Niemal pękając ze śmiechu, błyskawicznie zmieniamy zdanie i podążamy we wskazanym kierunku. Prosto na ledwie półtorametrowej szerokości schody, wciśnięte między ściany dwóch budynków stojących tuż przy drodze głównej numer 114.
Dodaj nowy komentarz