Sycylia z podróży poślubnej: Palermo - Toruń
Dzień trzynasty: Prom
Postanowiliśmy zrezygnować z serwowanego do godziny 9:00 śniadania w kabinie w postaci croissanta i kawy za jedyne 14€ od osoby. Niestety mimo to steward nie daje nam rano pospać i natarczywym pukaniem o 9:30 rano daje nam jasno do zrozumienia, że pora wstać i wziąć udział w szkoleniu, mającym zapewnić pasażerom bezpieczeństwo, w razie konieczności opuszczenia statku. Sytuacja wydaje się być naprawdę groteskowa – wraz ze wszystkimi podróżującymi zostajemy zapędzeni do głównego holu. Tam jesteśmy zmuszeni w skupieniu obejrzeć kilkuminutowy film instruktażowy, dotyczący ewakuacji oraz przejść szkolenie z zakresu zakładana i wiązania kamizelek ratunkowych. Cała ta farsa trwa prawie pół godziny, a my cały czas zadajemy sobie pytanie, „po co”? Instruktaż ogranicza się do dobitnego pokazania, że w razie konieczności, jedyne co możemy zrobić, to podążać za zielono fosforyzującymi drogowskazami do najbliższych punktów zbornych. Jest to chyba zachowanie, którego należałoby i tak oczekiwać od normalnego, trzeźwo myślącego człowieka – nawet w sytuacji paniki wywołanej wizją rychłego utonięcia lub spłonięcia. Na szczęście pół godziny mija szybko i cały ten teatrzyk kończy się żenującymi oklaskami co mniej znudzonych widzów.
Rejs powrotny, to nasze małe szaleństwo
z okazji ślubu. Oszczędzamy sobie prawie
dwóch dni jazdy samochodem (1400km)
i odpoczywamy w ogromnym
łożu naszej małżeńskiej kabiny.
Jako że jest to rejs pozasezonowy, właściwie 3/4 atrakcji promu jest wyłączona z użytku. Z pokładu widokowego i zainstalowanego tam basenu też nie możemy skorzystać ale to już z dwóch innych powodów: po pierwsze pogoda jest fatalna – za oknami wiatr zacina zimnym deszczem. Po drugie, nawet gdyby ta jesienna aura nam nie przeszkadzała, to kąpiel w pustym basenie jest zadaniem raczej trudnym w realizacji. Pozostaje nam w zasadzie tylko kino z filmami okraszonymi włoskim dubbingiem i kilka automatów porozstawianych w korytarzach. Niestety oglądanie Mela Gibsona mówiącego komicznym, piskliwym włoskim jest ponad nasze siły, a rozrywka w postaci wrzucania kolejnych monet do jednorękiego bandyty w nadziei że wypadną z powrotem nie jest zajęciem, które nas pociąga.
W porze obiadowej szukamy szczęścia wśród pokładowych restauracji – ceny okazują się być powalające. W zasadzie w większości lokali gdybyśmy chcieli zjeść solidny dwuosobowy obiad z czymś do picia, musielibyśmy liczyć się z wydatkiem równym jednej trzeciej ceny naszego biletu, czyli sporo ponad 100€. Na dodatek na podjęcie decyzji i zjedzenie mamy tylko dwie godziny bo restauracje otwierane są na bardzo krótko. W końcu wybieramy samoobsługowy bar gdzie za jedną porcję makaronu i małą butelkę wody mineralnej płacimy 25€. Wychodzi na to, że za pełne wyżywienie na promie plus jakiś deser dla zabicia czasu, trzeba by zapłacić prawie drugie tyle co za bilet który nas kosztował w sumie 409€. Nie są to ceny do których jesteśmy przyzwyczajeni, a puszka coli z automatu za 2,50€ jest najdroższym napojem bezalkoholowym jaki mieliśmy okazję wypić i bije na głowę cenę około 12zł za półtoralitrową butelkę wody, którą kiedyś kupowaliśmy w Karlskronie.
Z promu w Genui zjeżdżamy po 18:00, w niemal kompletnych ciemnościach i siąpiącym deszczu. Sił starcza nam jedynie na dojazd do Piacenzy, gdzie jemy wyśmienitą kolację w Autogrillu – genialnym włoskim wynalazku. Autogrill to sieć sklepów i połączonych z mini restauracjami samoobsługowymi, które budowane są przy autostradowych stacjach benzynowych. Podają tam świetne jedzenie, od rewelacyjnych kanapek z włoskiego pieczywa z zieleniną i szynką parmeńską, przez pizzę, po smakowite dania makaronowe, mięsne i rybne. Wszystko przyrządzane na miejscu, na bieżąco, a nie odgrzewane w mikrofali. Na zaopatrzenie sąsiadujących z barami sklepów składają się towary, których nie powstydziłyby się niejedne poważne delikatesy.
Dzień czternasty: livin' on a highway
Po kolejnej i jak mamy nadzieję ostatniej już nocy w samochodzie ruszamy w dalszą drogę. Przed nami Alpy, które jak zwykle nie zawodzą prezentując wspaniałe widoki. Niestety za Austriackim Innsbruckiem teren zaczyna się wyrównywać, a kawałek dalej, za Monachium po Alpejskich urokach pozostaje jedynie wspomnienie. Powoli przełączamy się w tryb powrotu do domu, czyli jakoś tak powietrze z nas uchodzi i dopada nas jakaś taka dziwna apatia. Niby wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, ale jakoś to do nas nie przemawia. Może po prostu nasz dom jest tam, gdzie czujemy się dobrze? A przez ostatnie dni na słonecznej Sycylii czuliśmy się wspaniale, chyba jak nigdy w życiu.
Przed nami monotonne kilkaset kilometrów niemieckich autostrad. Z drugiej strony, po palącym słońcu południa też zostało tylko wspomnienie i przynajmniej nie spędzamy kolejnego dnia w naszej stalowej saunie z zepsutą klimatyzacją. Żona nie byłaby sobą, gdyby nie zarządziła postoju w mijanej pod Dreznem Ikei. Wprawdzie kupno kanapy do naszego nowego mieszkania odpada, ale nic nie stoi na przeszkodzie by po całym dniu w samochodzie rozprostować trochę kości na wygodnych fotelach najpopularniejszego salonu meblowego świata.
Krótko potem wjeżdżamy do Polski przez Zgorzelec. Po przejechaniu około 4000 km europejskimi autostradami, wjazd na polskie drogi jest niczym uderzenie w pionową ścianę. Tempo podróży na dziurawych, zapchanych ciężarówkami drogach, momentalnie spada do żółwiego. Dojeżdżając od Leszna jestem kompletnie wyczerpany ciągłą gimnastyką na przepełnionych drogach. Postanawiamy uciąć sobie krótką drzemkę przy stacji benzynowej. Niestety nawet tak prosta sprawa jest drastycznie odmienna od tego do czego mieliśmy okazję przyzwyczaić się przez ostatnie kilkanaście dni. Cóż z tego, że znajdujemy dużą stację przy głównej drodze krajowej, skoro po pół godzinie budzą nas wrzaski młodych ludzi szukających miejsca gdzie mogliby się porządnie napić. Po kolejnej godzinie jakaś para groźnie wyglądających, również niezbyt trzeźwych osiłków z zainteresowanie zagląda w nasze okna. Ich twarze nie wróżą przyjaznych zamiarów, więc czym prędzej zbieramy się dalszą drogę. Pod dom zajeżdżamy o 1:56 – z trudem rozpakowujemy samochód by zaraz potem polec pod kołdrą własnego łóżka.
Dodaj nowy komentarz