Sycylia z podróży poślubnej: na łonie natury

Poprzednia część tekstu.

Takie miejsca po prostu dają do myślenia!

Takie miejsca po prostu
dają do myślenia!

Dzień dziesiąty: Eraclea Minoa

Następny dzień zaczynamy od wizyty w chwalonym przez przewodnik miejscu o nazwie Eraclea Minoa. Na miejscu za 4,00€ możemy obejrzeć szczelnie zasłonięty rusztowaniami i brezentem amfiteatr oraz posłuchać wizgu przelatujących co chwilę myśliwców odrzutowych. Jedyne co nam zostaje to nacieszenie się świadomością, że jest to miejsce, gdzie wylądował ścigany przez króla Minosa Dedal. Ścieżki do podobno jednej z najpiękniejszych plaż Sycylii broni barykada opatrzona tabliczką z napisem „Chiusa per restauro”. Na dodatek, znowu sjesta, czyli brak wody i jedzenia. Po półgodzinnym spacerze po bruku ułożonym na długo przed narodzinami Chrystusa wyruszamy do Selinunte. Najciekawszym elementem zostawianego za plecami krajobrazu okazują się być pocieszne owce pasące się na gęstej trawie pobliskiego stoku.

2600 lat temu nasza kultura nawet jeszcze nie raczkowała…

2600 lat temu nasza kultura nawet jeszcze
nie raczkowała…

Dzień dziesiąty: Selinunte

Kolejny przystanek to Selinunte, które okazuje się być resztkami dużego, starożytnego miasta z około 650 roku p.n.e. Wiele osób ze względu na jego rozległość zwiedza je jeżdżąc po nim małymi elektrycznymi wózkami. My wolimy zdrowy, spokojny spacer mało uczęszczanymi ścieżkami – jak się okazuje słusznie. Mimo prawie pełnego parkingu przed wejściem, trafiamy do miejsc gdzie oprócz świerszczy słychać jedynie szum odległego morza. Mamy okazję przejść przez całe osiedle z którego zachowały się resztki domów, w których wyraźnie widać poszczególne pomieszczenia. Wszystko na dodatek okraszone piękną zielenią upstrzoną feerią barw kwitnących na każdym kroku kwiatów.

… podczas gdy Grecka była w pełni rozkwitu.

… podczas gdy Grecka była w pełni rozkwitu.

Po raz kolejny przekonujemy się jak inaczej zwiedza się te miejsca w porównaniu z tym do czego jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. Nie ma tu nigdzie tabliczek typu: zakaz wstępu, nie dotykać eksponatów, nie schodzić ze ścieżek, nie wspinać się na mury, nie szurać, nie tupać, a najlepiej nie oddychać i nie patrzeć. Nikt nie goni nas gdy wspinamy się na liczące grubo ponad 2600 lat resztki kolumn, nikt nie zagląda przez ramię, czy przypadkiem nie wynosimy jakiegoś kamyczka. Mamy tutaj pełną swobodę, która daje niesamowity komfort psychiczny. Możemy zajrzeć pod każdy kamień wejść na każdy mur czy ścianę – to zupełnie zmienia sposób zwiedzania i powoduje, że naprawdę świetnie się tu bawimy. Na dodatek wszędzie jest czysto, nigdzie nie walają się żadne śmieci, a murów i kamieni nie szpecą idiotyczne bazgroły reklamujące głupotę sportowych pseudofanów.

Pozostałości domostw, murów i świątyń ciągną się kilometrami…

Pozostałości domostw,
murów i świątyń ciągną się kilometrami…

Dzień dziesiąty: rezerwat przyrody Zingaro

Słońce też jakby wczuło się w nasz nastrój i daje nam trochę odetchnąć chowając się za chmurami. Mimo to cały czas jest przyjemnie ciepło. Po czterech godzinach spacerów ruszamy w dalszą drogę do Riserva Naturale dello Zingaro (parku krajobrazowego na zachód od Palermo), gdzie mamy nadzieję na pieszą wycieczkę jedną z jego atrakcyjnie zapowiadających się tras widokowych. Do parku docieramy niestety dość późno i mamy jedynie dwie godziny przed jego zamknięciem na krótki spacer. Wybieramy trasę, doprowadzającą nas nad bajeczną zatoczkę, która urzeka nas do tego stopnia, że kończymy tu wędrówkę i serwujemy sobie orzeźwiającą kąpiel przy ostatnich promieniach chowającego się za górami słońca.

… i ogarnąć je w całości można chyba tylko z lotu ptaka.

… i ogarnąć je w całości można chyba
tylko z lotu ptaka.

W takim miejscu jak wybrzeże Sycylii trzeba być zawsze gotowym na kąpiel, więc solidne gogle przeciwko potwornie słonej wodzie, strój i mały ręcznik mamy jak zwykle ze sobą. W prawdzie zawsze można do wody wskakiwać nago, ale robienie tego w parku krajobrazowym, może być trochę nie na miejscu, a już na pewno nie jest w zgodzie z włoskim prawem. Na jednej z mikroskopijnych, niebiańskich plaż postanawiamy poszukać noclegu w okolicy parku i zjeść porządną kolację w jakiejś lokalnej restauracji, najlepiej z dala od szlaków turystycznych. Zadanie jak zwykle o tej porze roku okazuje się bardzo trudnym w realizacji i udaje nam się je wykonać jedynie połowicznie…

Niebiański zakątek, w którym, gdyby nie burza i fakt, że jest rezerwatem przyrody, chętnie spędzilibyśmy noc.

Niebiański zakątek, w którym, gdyby nie burza
i fakt, że jest rezerwatem przyrody,
chętnie spędzilibyśmy noc.

Wyjeżdżając z malowniczo położonego parkingu z którego rozciąga się widok na spokojną zatokę, widzimy jak rozstawia się na nim starsza para turystów ze swoim camperem. Pomysł na nocleg godny rozważenia, my jednak szukamy teraz campingu i kolacji. Atrakcyjne miejsce na posiłek znajdujemy w małym Scopello, miejscowości składającej się w zasadzie z czterech krzyżujących się ulic wyłożonych brukiem i mikroskopijnych rozmiarów ryneczku. Przez bramę w wiekowym murze wchodzimy na plac z czterech stron zamknięty przez dwupiętrowe budynki w równie zaawansowanym, kilkusetletnim wieku. Przy jednym z nich znajdujemy sporych rozmiarów restaurację gdzie zasiadamy do kolacji na świeżym powietrzu. Towarzystwa dotrzymują nam młode kociaki, które najwyraźniej chętnie zjadłyby nasze porcje wyśmienitych, świeżutkich owoców morza.

Żeby tak nasz zimny Bałtyk był chociaż w połowie tak ciepły, przejrzysty i miał tak urozmaiconą linię brzegową.

Żeby tak nasz zimny Bałtyk był chociaż
w połowie tak ciepły, przejrzysty
i miał tak urozmaiconą linię brzegową.

Rozważamy opcje jakie nam zostały w kwestii noclegu, bo jak dotąd nie udało nam się znaleźć otwartego campingu, a w samym Scopello ceny noclegów są jak dla nas zbyt wygórowane. Tam gdzie moglibyśmy sobie na nie pozwolić niestety nie ma już wolnych miejsc. Na dodatek zrywa się dość silny wiatr niosąc ze sobą duże krople ciepłego deszczu. Pachnie burzą. Postanawiamy spróbować szczęścia na parkingu przy wejściu do parku Zingaro, niestety na miejscu okazuje się, że nie ma tam skrawka przestrzeni, który choć trochę byłby osłonięty od coraz mocniej wiejącego wiatru. Dodatkowo rozbijając tutaj namiot bylibyśmy wystawieni niczym antena na zbliżającą się burzę – w pobliżu nie ma żadnych budynków ani choćby drzew, tylko pusty wysypany drobnymi kamieniami plac. Wiatr wzmaga się jeszcze bardziej i widzimy jak z nad morza nadciąga potężna, prawdziwie sztormowa burza. Zaczyna padać.

Jak przystało na rezerwat przyrody, nie zabrakło też odpowiedniej dla klimatu zwierzyny.

Jak przystało na rezerwat przyrody,
nie zabrakło też odpowiedniej dla klimatu
zwierzyny.

Wskakujemy do samochodu i szukamy schronienia gdzieś niżej wśród zabudowań pobliskich miasteczek. W miarę spokojne miejsce znajdujemy na parkingu, tuż przy plaży parę kilometrów dalej. Cały czas leje, więc noc spędzamy w kołysanym przez silny wiatr samochodzie. Potężna burza przetacza się nad nami raz po raz zamieniając otaczające nas ciemności w dzień. O wschodzie słońca pogoda jest jeszcze nijaka więc rezygnujemy z ponownej wyprawy do rezerwatu przyrody i postanawiamy udać się do tajemniczego Erice, zachwalanego przez naszych sąsiadów z campingu w San Marco.

Czytaj ciąg dalszy.

Dodaj nowy komentarz

Zawartość tego pola nigdy nie zostanie udostępniona publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w klikalne odnośniki.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
CAPTCHA
Niestety spamerzy za wszelką cenę starają się zrobić z sieci jeden wielki śmietnik. To powinno ich trochę zniechęcić.
Image CAPTCHA
Przepisz tekst widoczny na obrazku.