Sycylia z podróży poślubnej: morze, Grecja oraz winda

Poprzednia część tekstu.

I tu, za prawdę powiadam wam, postawiliśmy namiot.

I tu, za prawdę powiadam wam,
postawiliśmy namiot.

Będąc kiedyś w Wenecji tamtejszy camping w Punta Sabbioni, Mirramare, (www.camping-miramare.it) wydał nam się idealnym (i nie drogim!), ukrytym w cieniu drzew rajem, położonym 10 metrów od morza. Na tyle daleko od centrum by zagwarantować spokojny wieczór i noc, a zarazem na tyle blisko by po krótkim spacerze można było wsiąść do Vaporetto płynącego wprost na plac św. Marka. Gdy jednak zupełnie przypadkowo trafiliśmy w środku nocy na camping La Timpa (www.campinglatimpa.it) w Santa Maria La Scala na Sycylii, z miejsca gdzie mieliśmy rozbić namiot ujrzeliśmy taki właśnie widok (zdjęcie).

Czy taki widok z namiotu może się znudzić?

Czy taki widok z namiotu może się znudzić?

Na dodatek recepcjonistka, mimo że ledwo dukała po angielsku, widząc napis na drzwiach naszego samochodu sprezentowała nam butelkę chłodnego szampana! Sam camping La Timpa położony jest na kilku rozmieszczonych na różnych wysokościach skalnych tarasach, które łączy niesamowicie stroma uliczka. Dostęp do wydartej morzu, malutkiej kamienistej plaży zapewnia winda jeżdżąca wewnątrz wykutego w skale szybu. Niestety mimo wielu zalet (szałowe widoki, darmowe prysznice, zacienione miejsca na namioty i niska cena) sam camping położony jest raczej na uboczu i nadaje się jedynie jako baza na samochodowe wypady po okolicy. Nam udało się tu trafić chyba tylko dlatego, że z uporem maniaka wybieraliśmy boczne drogi położone możliwie blisko morza, w nadziei na szybkie znalezienie noclegu. Za camping płacimy 4,50€ za osobę, 3,70€ za namiot i 2,00€ za samochód, czyli jak za darmo, a dodatkowo dostajemy stolik z krzesełkami i bezpłatny, zadbany prysznic z ciepłą wodą.

San Maria La Scala, Sycylia, 06:00 22-10-2004

San Maria La Scala, Sycylia, 06:00 22-10-2004

Dzień siódmy: San Maria la Scala i Katania

Tego ranka chyba postradałem zmysły, bo obudziłem się o tuż przed wschodem słońca. Moment wybrałem idealny, akurat by uwiecznić chwilę, gdy czerwona kula wyłaniała się z wód morza jońskiego. To na prawdę niesamowite wrażenie, gdy siedząc w wejściu do namiotu można w ciszy poranka rozpraszanej jedynie szumem morza i świergotem ptaków, patrzeć jak na horyzoncie noc zamienia się w dzień. Gwiazdy na niebie powoli blakną by wraz z granatem nocy ustąpić miejsca najpierw pomarańczowi świtu, a potem idealnemu błękitowi poranka. Wszystko obserwowane ze skalnego tarasu 20 kilka metrów nad falami krystalicznie przejrzystego morza.

Camping zdecydowanie nie dla osób cierpiących na lęk wysokości.

Camping zdecydowanie nie dla osób
cierpiących na lęk wysokości.

Camping La Timpa to pierwsze miejsce gdzie postanawiamy trochę poplażować, głównie jednak z powodu jego niezwykłości. Fragment campingowego regulaminu głosi: The lift may be used between 7:00 to 20:00. However, Management cannot guarantee the functioning of the lift within these hours (Winda może być używana między 7:00 a 20:00, jednakże zarząd campingu nie może zagwarantować jej funkcjonowania w tych godzinach). Na plażę można dostać się jedynie windą, z której wprost do morza prowadzi wykuty w skale, klaustrofobiczny korytarz. Niestety marni z nas plażowicze i mimo wspaniałych warunków, zarówno do nurkowania jak i opalania się, jesteśmy w stanie wytrwać jedynie do godziny 13:00.

… dla cierpiących na klaustrofobię też nie.

… dla cierpiących na
klaustrofobię też nie.

Pojawia się pomysł zjedzenia obiadu w jakiejś lokalnej restauracji, który jak się okazuje jest niewykonalny… oczywiście z powodu sjesty – z jedynej otwartej jeszcze knajpy zostajemy po prostu wyproszeni, gdyż obsługa przygotowuje się do tej tradycyjnej przerwy. Niestety nasze przyzwyczajenia żywieniowe nie chcą ot tak przestawić się na nowy tryb.

Odważysz się wsiąść to tej mikroskopijnej, dwuosobowej windy na końcu czarnego tunelu?

Odważysz się wsiąść to tej
mikroskopijnej, dwuosobowej
windy na końcu
czarnego tunelu?

Postanawiamy pojechać do Katanii, dużego miasta oddalonego o kilkanaście kilometrów. Tam mam znowu okazję podszkolić się w lokalnych „przepisach” ruchu drogowego. Najwyraźniej istnieje tutaj niepisane prawo mówiące, że na czerwonym świetle stoi się jedynie gdy na przejściu są piesi. Gdy próbuję choć zwolnić w pobliżu pustego przejścia nad którym pali się czerwone światło, od razu zostaje wytrąbiony przez jadących z tyłu kierowców. W zasadzie nie udaje nam się tutaj znaleźć nic ciekawego. Przewodnik zachwala jakieś miejsca, których o dziwo nie możemy znaleźć, a jesteśmy przecież weteranami mapy.

Błądzimy trochę po mieście w poszukiwaniu jakiegoś targu, gdzie moglibyśmy kupić owoce i upragnione mule. Jedyne co udaje nam się znaleźć to jakieś marne straganiki wciśnięte pod estakadę dla linii kolejowej gdzie ledwo jesteśmy w stanie wybrać arbuza i kiść winogron. Na pół godziny grzęźniemy w tłumie wystrojonych Włochów robiących zakupy na głównym deptaku miasta. Nie znajdując niczego wartego uwagi decydujemy się ponownie spróbować szczęścia z obiadem w San Maria La Scala. Oczywiście na pożegnanie lody. Prawdziwe, pyszne i mega wielkie gałki. O ile u nas lody sprzedawane na gałki najczęściej sprowadzają się do wyboru między góra 3 producentami, z ledwie kilkoma smakami na krzyż, to we Włoszech mamy do czynienia z prawdziwą orgią smaków i różnorodności. W wielu lokalach lody robione są na miejscu, a nawet jeśli nie to i tak pochodzą od lokalnego producenta. Trudno jest więc trafić na dwie tak samo smakujące gałki. Co więcej, spróbowanie dwóch gałek lodów to już nie lada wyczyn, z powodu ich rozmiarów. Za cenę od 0,80€ do 1,60€ dostajemy monstrualnych rozmiarów porcję, która zaspokoi chyba nawet najbardziej spragnionych słodyczy.

Przedsmak greckich wakacji… w Agrigento na Sycylii.

Przedsmak greckich wakacji…
w Agrigento na Sycylii.

San Maria la Scala, choć przepięknie usytuowana u stóp skalnej ściany wybrzeża, niestety formalnie jest zapadłą dziurą. Na miejscu znajdujemy dwie restauracje, z pierwszej szybko wychodzimy nie znajdując nic ciekawego w menu. Druga natomiast wygląda jak żywcem wyjęta z „Ojca chrzestnego”. U progu stoi odpicowany kelner w lśniących lakierkach, a w środku aż czuć atmosferę „rodziny”. Niestety i tutaj nie udaje nam się znaleźć tego czego szukamy – z owoców morza w menu dostępne są tylko świeże ryby i homar. Kolację jemy więc po zachodzie słońca na wspaniałym tarasie widokowym, na którym jest rozstawiony nasz namiot. Tanie lokalne wino smakuje wyśmienicie, szczególnie przy szumie rozbijających się o pionową skalną ścianę fal.

Greckie, tzn. Sycylijskie słońce w drugiej połowie października.

Greckie, tzn. Sycylijskie słońce
w drugiej połowie października.

Dzień ósmy: Syrakuzy

Z rana wyruszamy na zwiedzanie Syrakuz, starożytnego miasta założonego przez Koryntian w 733 r. p.n.e. Na miejscu miła niespodzianka – udaje nam się znaleźć darmowy parking, na którym nie brakuje miejsca i który na dodatek jest całkowicie zacieniony, co w przypadku sycylijskiego słońca jest nieocenionym atutem. Chwilową radość mąci jednak fakt, że spora część samochodów jakie stoją na tym parkingu jest wręcz zdewastowana, a podziurawione opony to jedna z drobniejszych przypadłości, które możemy zaobserwować. Uspokaja nas trochę fakt, że po środku tego bałaganu stoi budka strażnicza, która na dodatek nie jest pusta.

Nie wiem jak to się stało, ale z Syrakuz nie przywieźliśmy żadnych zdjęć… za to z Agrigento jest co oglądać.

Nie wiem jak to się stało, ale z Syrakuz
nie przywieźliśmy żadnych zdjęć…
za to z Agrigento jest co oglądać.

Tradycyjnie już, mamy szczęście trafić do miasta w czasie sjesty. Niewątpliwym atutem tej pory jest to, że na ulicach nie ma praktycznie żywego ducha i wszędzie panuje błogi spokój. Niestety w takich chwilach nawet kupno butelki wody mineralnej jest nie lada wyczynem, nie mówiąc już o czymś do jedzenia. Stare miasto jest jednak cudowne i te drobne niedogodności nie są w stanie zepsuć nam dnia.

Tuż po zakończeniu sjesty w jednej z wąskich uliczek znajdujemy atrakcyjnie prezentującą się trattorię. Niestety najwyraźniej nie tylko nam to miejsce wydaje się godnym uwagi – na długości kilkunastu metrów cała ta wąziutka uliczka zastawiona jest stolikami, między którymi musimy się dosłownie przeciskać – wszystkie z nich są pełne. Koniec końców znowu bez obiadu ruszamy dalej. Późną nocą udaje nam się znaleźć dość atrakcyjny camping w San Leone tuż obok Agrigento. To trzecia noc gdy rozbijamy namiot w kompletnych ciemnościach. Lokujemy się dosłownie przy plaży, ale niestety temu miejscu zdecydowanie brakuje uroku z San Maria La Scala. Na dodatek płacimy więcej: 5,00€ za osobę, 5,00€ za namiot i 2,50€ za samochód. Na szczęście na campingu Nettuno (tel.: 0922 416268) prysznic wliczony jest w cenę.

Czasami trudno rozpoznać czy to co oglądamy stało nienaruszone od prawie 3000 lat, czy zostało tak dobrze odrestaurowane.

Czasami trudno rozpoznać czy to
co oglądamy stało nienaruszone
od prawie 3000 lat, czy zostało
tak dobrze odrestaurowane.

Dzień dziewiąty: Agrigento

Rankiem robimy drugie podejście do plażowania ponieważ, jak Żona słusznie stwierdziła, jesteśmy we Włoszech od ośmiu dni, a na plaży spędziliśmy raptem 3 godziny. Jak się okazuje, zupełnie straciliśmy zdolność bezczynnego siedzenia na słońcu i po koszmarnie długich dwóch godzinach zbieramy się by obejrzeć trochę starożytnych ruin w okolicy Agrigento. Na szczęście droga z namiotu na plażę była krótsza niż z namiotu do toalety  .

„Najpiękniejsze miasto śmiertelnych” położone parę kilometrów od Agrigento.

„Najpiękniejsze miasto śmiertelnych”
położone parę kilometrów od Agrigento.

Agrigento to miejsce gdzie mamy okazję przekonać się, że Sycylia to wyspa, która chyba więcej wspólnego ma ze starożytną Grecją niż Rzymem. Trafiamy do dużego parku etnograficznego, który obejmuje sobą bajecznie położone wzniesienie z pozostałościami imponującego kompleksu świątyń doryckich. Jest to miejsce gdzie możemy pierwszy raz odczuć potęgę i zaawansowanie techniczne starożytnych. Stojąc u stóp kolumn wzniesionych 2500 lat temu jako idealnie gładkie słupy wysokości trzypiętrowego domu trudno nie popaść w zachwyt.

Zachód słońca wśród doryckich świątyń? To najlepsza pora na zwiedzanie!

Zachód słońca wśród doryckich świątyń?
To najlepsza pora na zwiedzanie!

To miejsce urzeka nas do tego stopnia, że zostajemy tu aż do zachodu słońca. Jego ciepłe barwy ożywiają wiekowy kamień wydobywając z niego drugie piękno, któremu nie jesteśmy w stanie się oprzeć. Niestety nie chcąc spędzić reszty dnia na rozmowach z włoskimi carabinieri zmuszeni jesteśmy wrócić. Na pocieszenie na campingu serwujemy sobie wyśmienite danie ze świeżych muli kupionych po drodze w zwykłym markecie. Dwie butelki lokalnego wina czynią wieczór przy plaży jeszcze przyjemniejszym.

Znajdujący się na liście UNESCO kompleks choć imponujący to i tak jedynie przedsmak tego co zobaczymy potem.

Znajdujący się na liście UNESCO kompleks
choć imponujący to i tak jedynie przedsmak
tego co zobaczymy potem.

Tego wieczoru, przy okazji kolacji, poznajemy na campingu małżeństwo z Niemiec, które podróżuje po Sycylii wynajętym camperem. Ich kilkuletnia córeczka nieśmiało prosi nas o parę muli, które widziała gdy je szorowaliśmy w łazience. Fascynują ją ich czarne połyskujące muszle i oryginalny sposób ich jedzenia – bez sztućców, palcami, z pomocą jednej muszli, którą posługujemy się jak szczypcami by wybierać skorupiaki z pancerzy. Z krótkiej rozmowy dowiadujemy się, że nasi sąsiedzi gorąco polecają tajemniczą miejscowość na północnym zachodzie Sycylii o nazwie Erice. Gdy pytamy o szczegóły słyszymy jedynie, że koniecznie trzeba tam pojechać, co po wieczornej naradzie nad mapą postanawiamy uczynić.

Czytaj ciąg dalszy.

Dodaj nowy komentarz

Zawartość tego pola nigdy nie zostanie udostępniona publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w klikalne odnośniki.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
CAPTCHA
Niestety spamerzy za wszelką cenę starają się zrobić z sieci jeden wielki śmietnik. To powinno ich trochę zniechęcić.
Image CAPTCHA
Przepisz tekst widoczny na obrazku.