Sycylia z podróży poślubnej: Erice i Segesta
Dzień jedenasty: lekcja nawigacji
Po drodze do Erice po raz kolejny dostajemy lekcję włoskiej nawigacji. Teoretycznie drogi we Włoszech są oznaczone i to w dodatku alfabetem łacińskim. W praktyce jest to chyba pewien specyficzny system kryptograficzny, skutecznie i konsekwentnie wprowadzający kierowców spoza granic tego pięknego kraju w błąd. Lekcja numer jeden ma miejsce tuż po starcie, w okolicy Agrigento. Z powodu remontu drogi w okolicy skrzyżowania głównych dróg brakuje oznaczeń, a na samym skrzyżowaniu panuje jeden wielki chaos. Na szczęście kierują nim policjanci, do których podjeżdżamy bezczelnie wymuszając pierwszeństwo i na moment paraliżując ruch. Zamiast surowej miny lub odwetowego mandatu, witani jesteśmy szczerym uśmiechem i miłym buongiorno. Szybko dostajemy jasne i zwięzłe wskazówki, w którą stronę powinniśmy się udać. Na moment nawet zostaje wstrzymany ruch byśmy mogli bez przeszkód odjechać.
Widok z ukrytego na uboczu parku w Erice.
W oddali majaczy wbijający się w morze półwysep
rezerwatu przyrody Zingaro.
Niestety dobra passa szybko się kończy. Kawałek dalej, w samym mieście, nieopatrznie kierujemy się, zgodnie z drogowskazami, w kierunku Trapani - dużego miasta tuż obok Erice. Dwukrotnie prowadzi nas to na manowce. Błądząc po bocznych ulicach miasta z trudem udaje nam się wrócić na główną arterię. Ciężko nam jest się przyzwyczaić do dziwacznego systemu oznaczeń drogowych, które notorycznie, zamiast kierunku na wprost, pokazują lewą lub prawą stronę. Ostatecznie postanawiamy ignorować sugestywne strzałki w bok i jechać „za tłumem” przed siebie. Jak się okazuje, jest to bardzo dobra strategia, która szybko wyprowadza nas z miasta
Dzień jedenasty: Erice
Na mapie, Erice jest jedynie małym, nic niemówiącym nam punktem. Beznadziejny przewodnik Pascala (jedyny jaki znaleźliśmy ze śladową ilością informacji na temat Sycylii) nie nic do powiedzenia na temat celu naszej podróży. Jadąc drogą SS187 ciągnącą się przez równinę w okolicy Trapani, na horyzoncie widzimy wystającą z ziemi kilkusetmetrowej wysokości, ogromną skałę. Wrażenie jest niesamowite, ponieważ jak okiem sięgnąć, dookoła widać jedynie równiny leżące niewiele wyżej niż poziom morza. Po chwili dostrzegamy pnącą się po skalnych zboczach stromą, krętą drogę prowadzącą na szczyt. Szybko jednak Żona zachwyt zamienia na przerażenie, gdy okazuje się, że Erice jest miejscowością leżącą na końcu tej pięknej i niebezpiecznej trasy. By dostać się do celu musimy pokonać serię 10 zakrętów pod kątem 180 stopni, stromo pnącej się w górę drogi. Erice jest bowiem starożytnym miasteczkiem zbudowanym na szczycie liczącej 751m wysokości skały, wyrastającej niespodziewanie z równiny na wschód od Trapani.
Docieramy na miejsce gdy miasto jeszcze śpi, a na ulicach nie ma prawie żywego ducha. Zachodnia część miejscowości, w której stoją ruiny średniowiecznego zamku, tonie w chmurach dając niesamowite wrażenie jakby całe to miejsce unosiło się w przestworzach. Z każdej strony rozciąga się zapierający dech w piersiach widok na sporą część Sycylii. Podobno w pogodny dzień można stąd dostrzec wybrzeże afryki, niestety my widzimy w tamtym kierunku jedynie gnane wiatrem pozostałości wczorajszej burzy.
Erice od razu urzeka nas swoim pięknem i tajemniczością. Zamknięte dla ruchu, jest niczym kawałek Wenecji zawieszony w chmurach, gdzie w dole, zamiast zielonej wody kanałów, przelewają się śnieżnobiałe obłoki pary. Podobnie jak tam znajdujemy tutaj zadbane i odrestaurowane z pieczołowitością skwery i ryneczki oraz cieszącą oko architekturę. Tak samo jak tam, wystarczy zejść z głównej ulicy by móc zacząć błądzić po mrocznych, wąskich alejkach skrywających sekrety sprzed wieków. Klucząc tymi bocznymi ścieżkami trafiamy na mały, zapomniany park na tyłach tłumnie odwiedzanego klasztoru. Panuje tu niczym niezmącony spokój. Pachnie lasem.
Amfiteatr w Segeście to nie jakiś tam teatrzyk.
Na tej widowni zmieściłoby się zapewne
małe miasteczko…
Niestety Erice jest podobne do Wenecji również w kwestii cen. Nocleg tutaj kosztuje mały majątek, a skromne śniadanie za 25 euro od osoby to też nie jest coś na co możemy sobie pozwolić. Na dodatek wszystko, poza kilkoma hotelowymi restauracjami jest pozamykane do godziny 10:00 i nie mamy szansy na znalezienie jakiegoś tańszego jedzenia. Wyjeżdżamy stąd w samą porę, mijając się z pierwszymi autokarami dowożącymi większe grupy turystów. Dosłownie zalewają śpiący dotąd parking na naszych oczach. Błoga cisza znika zastąpiona specyficznym gwarem, prztykanym charakterystycznym oooooo i aaaaaa - nieodłącznym elementem towarzyszącym zorganizowanym grupom turystycznym. Całą atmosferę doszczętnie psuje donośny głos szorstko szczekającego niemieckiego przewodnika, przekrzykującego sowich podopiecznych. Szybko znikamy kierując się w kierunku Segesty, tajemniczego miejsca ukrytego wśród wzgórz około 50km na wschód.
Dzień jedenasty: Segesta
Po raz kolejny mamy okazję przekonać się, że Sycylia łączy w sobie trzy uwielbiane przez nas rzeczy: góry, morze i starożytną historię. Segesta okazuje się być bowiem pozostałościami osady z 424 r. p.n.e. gdzie mamy okazję, po krótkiej górskiej wspinaczce, obejrzeć zachowany w bardzo dobrym stanie amfiteatr. Byłby on tylko kolejnym starożytnym zabytkiem na naszym Sycylijskim szlaku, gdyby nie widok jaki się z niego rozpościera. Pomysł umieszczenia teatru na szczycie czterystumetrowego zbocza nie ma chyba sobie równych – wystawiane tutaj sztuki musiały być jedynie miłym dodatkiem do wspaniałego widoku na zielono-brązowe pagórki, za którymi w oddali majaczy błękitne morze. Oczywiście dwa tysiące lat temu, krajobrazu nie mącił widok przecinającej pagórki drogi szybkiego ruchu. Nota bene, chyba w całości ustawionej na słupach, by zniwelować niewygodne nierówności terenu.
Jak widać antyczne ruiny są nadal zamieszkałe.
A na poważnie - to zbliżenie jednej ze starożytnych
kolumn.
Mamy też tutaj okazję zobaczyć jedną z najlepiej zachowanych świątyń greckich, która w przeciwieństwie do wszystkich oglądanych przez nas wcześniej budowli, nie musiała być odbudowywana. Stoi ona nienaruszona w niewielkiej przełęczy między dwoma pobliskimi szczytami. Nigdy nie została ukończona i może dlatego nikt z najeżdżających te ziemie nie czuł pokusy jej niszczenia. Dziś możemy więc oglądać fragment idealnie zachowanej historii liczącej równo 2428 lat. To miejsce budzi szacunek i daje szansę poczuć choć namiastkę tego czym był starożytny świat, który stworzył Europę.
Dodaj nowy komentarz