Rodzić po ludzku, czyli w domu
Pięć kobiet odwiedzających Toruńską porodówkę w ramach „szkoły rodzenia” słyszy powitanie z ust ordynatora: O! Jest was pięć, zatem jedna z was urodzi przez cesarskie cięcie. Tak dla przełamania lodów. Później wcale nie jest lepiej.
Wystarczy chwila zastanowienia by uświadomić sobie, że szpital nie jest miejscem dla zdrowych ludzi. Czego więc ma szukać tam młoda, silna kobieta, mająca urodzić dziecko po zdrowej, fizjologicznej (a więc przebiegającej naturalnie i niewywoływanej chemią) ciąży? Poród sam w sobie nie jest przecież skomplikowanym zabiegiem medycznym. To proces, do którego ciała kobiet (i dzieci!) matka natura przygotowywała od milionów lat! Wystarczy spojrzeć jedno, czy dwa pokolenia wstecz – czy wasi dziadkowie rodzili się w szpitalach? Wolne żarty.
Z jakiegoś jednak powodu, w ciągu ostatniego półwiecza, ciąża i poród stały się skomplikowanym procesem medycznym, wymagającym zastępu specjalistów z zestawem literek przed nazwiskami, tony elektronicznego sprzętu i oczywiście „maszyny, która robi ping”… a może jednak dałoby się jakoś tak bardziej po ludzku? Naturalnie? Można, ale łatwo nie jest i szpital w tym nie pomoże.
W miarę jak zdobywaliśmy wiedzę na temat tego czym jest i jak wygląda poród w ogóle, stopniowo traciliśmy zaufanie do szpitalnej machiny. Po wizycie na toruńskiej porodówce Żona była zdruzgotana. Pierwszą rzeczą, którą robi się na miejscu jest odseparowanie rodzącej od jej partnera. Tak na początek, żeby żadne z nich nie czuło się zbyt pewnie. Spotkają się razem dopiero za kilkadziesiąt minut, może za godzinę. A może jeszcze później, jeśli do samego porodu zostało dużo czasu. Gdy oprowadzano nas po oddziale, rodziła jakaś kobieta – akurat zepsuły się drzwi do jej sali – nie dało się ich zamknąć. Kobieta leżała rozkraczona na wprost wejścia. Jak w takich warunkach można się odprężyć i skupić na sobie i rodzącym się dziecku? W zalanej światłem sterylnej sali, pełnej zimnych urządzeń i obcych ludzi? Pomalowanie ścian na różowo nic tutaj nie zmieni.
Ze wszystkich dziewczyn, które moja Żona poznała w okresie ciąży, żadnej* nie udało się urodzić tak jak to planowały. Mimo, że nawet Minister Zdrowia, w swoich standardach okołoporodowych zachęca kobiety do rodzenia w pozycjach wertykalnych, to dziwnym zbiegiem okoliczności na Toruńskiej porodówce nigdy to się nie udaje i poród kończy się na leżąco. Przesłanką do tego jest najczęściej zły odczyt z KTG. W jakiś niewyjaśniony sposób, maszyny do KTG w Toruńskim szpitalu działają poprawnie tylko wtedy, gdy rodząca leży na plecach.
Nam jednak w końcu się udało i choć droga była ciężka, to naprawdę było warto. Wkurzające jest jednak to, że za odciążenie państwowego systemu musieliśmy dodatkowo płacić. Teoretycznie od kwietnia 2011 roku porody domowe są refundowane – w praktyce NFZ umywa ręce – gdy do nich dzwoniłem, nie potrafili nawet udzielić informacji jak należałoby wszystko zrealizować by uzyskać refundację.
wyjątek :)
Jestem kolejnym zatem, szlachetnie zwertykalizowanym wyjątkiem z toruńskiej porodówki! Choć - jak piszesz - poród nie przebiegł w idealnej zgodzie z moimi wcześniejszymi o nim wyobrażeniami, a wchodzące podczas podczas porodu do naszej sali postronne osoby (!!!), patrzyły na mnie jak na szaloną i dopytywały: "A ta co?"
Hip hip Pani Beata i ekipa korytarzowo-wspomagająca Serdecznie gratuluję Wam pięknego porodu! Pozdrawiam.
Dodaj nowy komentarz