Przygotowania do pododu w domu

Jakoś tak wyszło, że od samego początku, zgodnie i w naturalny sposób uważaliśmy z Żoną, że jeśli mamy rodzić, to tylko w domu. Liczba mnoga wcale nie jest tu eufemizmem. Chociaż sam akt wydalenia dziecka (jaj sobie nie robię, tak nazywa się to fachowo: wydalenie) jest ogromnym wysiłkiem ze strony kobiety, to jednak by wszystko odbyło się bez komplikacji, potrzebuje ona do tego poczucia bezpieczeństwa i wsparcia najbliższej osoby. Jeśli więc ktoś myśli o porodzie w domu, musi to być świadoma decyzja obojga rodziców. W przeciwnym razie są marne szanse na powodzenie.

Zatem chęci są, ale jak wprowadzić je w życie? W Toruniu jeszcze do niedawna żadna położna nie odważyłaby się przyjąć porodu domowego (w zasadzie nadal tak jest). Wszystkie zgodnie tłumaczą, że boją się utraty pracy, bo ordynator Toruńskiej porodówki nie pochwala takich praktyk (według niego, miejsce porodu jest w szpitalu). Szczęśliwcy mieszkający w stolicy, czy np. Poznaniu, mogą liczyć na pomoc lokalnych specjalistek, które od lat przyjmowały i przyjmują porody w domu. Wiele z nich ma odpowiednie „układy” w szpitalach, w których pracują. Dzięki temu mogą w razie konieczności urwać się z dyżuru, czy liczyć na pomoc w nagłych przypadkach. Pod tym względem Toruń to prawdziwe zadupie. Ostatecznie, po dość długich poszukiwaniach, znaleźliśmy położną z Piły, która gotowa była pokonać 150 kilometrów, by przyjąć poród.

Pani Alina była naprawdę dobrze przygotowana. Wygadana i konkretna. Dzięki spotkaniom z nią dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy, na temat samego porodu i przygotowania do niego. Z drugiej strony momentami wydawało nam się, że wpada ona w skrajności, próbując za wszelką cenę zabezpieczyć się na wypadek komplikacji (choć Polska to nie USA, to jednak trudno ją za to winić). Gotowa była przyjąć poród, jednak wymagała szeregu dodatkowych badań, które powodowały autentyczne zdziwienie nawet u doświadczonego ginekologa, który prowadził naszą ciążę. Jednak mimo tego, wzbudzała zaufanie i nie mieliśmy problemu z podjęciem decyzji o tym, że to ona właśnie mogłaby przyjąć nasz poród. Był jednak jeden szkopuł – 150 dzielących nas kilometrów. W sytuacji, gdyby poród odbywał się szybko, Alina po prostu by do nas nie zdążyła (dokładnie taką sytuację miała kilka lat wcześniej właśnie w Toruniu). Było również ryzyko tego, że trafimy akurat w jej dyżur, na którym jest sama i nie ma kto jej zastąpić. Gdybyśmy mieszkali w Pile, to pół biedy – można podjechać do szpitala i urodzić tam, tyle że pod jej opieką. Zawsze to lepiej niż trafić w ręce kogoś, kogo widzi się pierwszy raz w życiu.

Szukaliśmy więc dalej, co nie było łatwe. Jak to zwykle bywa, pomógł nam przypadek. Mniej więcej w połowie ciąży, w Toruniu swój przyczółek uruchomił Lech Mizarewicz z Chełmżyńskiego szpitala, który ośmielony nowymi standardami okołoporodowymi, postanowił zapełnić lukę w naszym zacofanym mieście i proponować porody domowe w ramach prywatnej praktyki. Przy pierwszym spotkaniu było trochę ciężko. W końcu nie dość, że rodziliśmy pierwszy raz, to jeszcze gadaliśmy z człowiekiem, który pierwszy raz miałby organizować planowany poród domowy. W pewnym momencie, gdy zaczął opowiadać o sprzęcie reanimacyjnym i różnej maści aparaturze, którą zapewni, odnieśliśmy wrażenie, że doktor chce przenieść salę szpitalną do naszego domu. Zrobiło nam się trochę nieswojo – w końcu chcieliśmy by poród odbył się naturalnie, bez żadnych „polepszaczy”.

Na szczęście Mizarewicz porodu odbierać osobiście nie zamierzał – od tego była położna, która miała w tym zakresie spore doświadczenie przywiezione ze Szczecina. Pani Beata była zupełnie inna niż Alina, jednak w jej przypadku również nawiązaliśmy nić porozumienia, która po pewnym czasie przerodziła się w zaufanie. Momentami było trochę śmiesznie, bo Pani Beata z doktorem nigdy wcześniej nie pracowała „w domu”. Widać było, że różnią się podejściem do wielu spraw, jednak z jakiegoś powodu ten dziwny i pozornie niezgrany duet zadziałał jak należy. Ostatecznie to Pani Beata pomagała nam przy narodzinach Oliwki.

O wyborze Chełmżyńskiego duetu zadecydowały przede wszystkim dwa czynniki: zdecydowanie prostsza procedura przygotowawcza i brak ryzyka związanego z tym, że położna będzie zajęta na dyżurze. Niestety kosztowało nas to dwukrotnie więcej niż w przypadku Pani Aliny z Piły. Niewątpliwie plusem było to, że lekarz organizujący całą imprezę, był również ginekologiem położnikiem, który sam mógł wiele rzeczy ocenić podczas wizyt kontrolnych. Nie musieliśmy więc zbierać od naszego ginekologa dziwacznych zaświadczeń jak choćby te o liczbie naczyń w pępowinie.

Dodaj nowy komentarz

Zawartość tego pola nigdy nie zostanie udostępniona publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w klikalne odnośniki.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
CAPTCHA
Niestety spamerzy za wszelką cenę starają się zrobić z sieci jeden wielki śmietnik. To powinno ich trochę zniechęcić.
Image CAPTCHA
Przepisz tekst widoczny na obrazku.