Nietypowy test banków: Część piąta

Mam już za sobą relację z rozmów z niemal wszystkimi bankami z mojej parszywej trzynastki. W części czwartej pisałem o Deutsche Banku, Banku Zachodnim WBK i Banku BPH, tym razem został mi już tylko Citi Handlowy, Bank Ochrony Środowiska i Bank Gospodarki Krajowej. Nie zabraknie również kolejnej wzmianki o Banku Pocztowym.

W Citi Handlowym poszło bardzo sprawnie, choć jak chyba wszędzie – nie bez zgrzytów. Na infolinii konsultantka zapytana o Speed Collect wiedziała o jaką usługę chodzi (albo przynajmniej sprawiała tylko takie wrażenie). Potrzebowała chwili czasu na znalezienie informacji, niestety okazały się one być dość lakoniczne. Dowiedziałem się jedynie tyle, że jedyną opłatą jest opłata miesięczna za usługę w wysokości 200zł. Po więcej informacji zostałem odesłany bezpośrednio do handlowców. Dostałem tylko numery komórkowe, więc nawet nie wiedziałem gdzie i do kogo dzwonię: 693 56 56 36, 603 56 00 23, 601 28 76 91.

Po wybraniu pierwszego numeru dodzwoniłem się do handlowca z warszawy. Gość jechał samochodem, ledwie go słyszałem ale przynajmniej uzyskałem minimum informacji. Oczywiście okazały się one kompletnie odbiegać od tego czego dowiedziałem się wcześniej na infolinii (najwyraźniej jednak Pani infolinia kompletnie nie miała pojęcia o czym rozmawiamy, choć świetnie udawała). Citi Handlowy wymaga jednorazowej opłaty instalacyjnej w wysokości 100zł (choć teoretycznie można jej uniknąć bo, jak to ujął handlowiec, jest to opłata za „szkolenie”). Nie ma żadnych opłat minimalnych. Opłata za prowadzenie rachunku to 50zł, a przyjęcie przelewu to atrakcyjne 0,20zł. Niestety nie ma pełnej automatyzacji – raporty trzeba pobierać z banku ręcznie. Handlowiec obiecał przesłać numer telefonu do osoby zorientowanej w temacie z lokalnego oddziału banku. Niestety najwyraźniej zapomniał (mimo że wysłałem mu na jego własną prośbę SMSa z przypomnieniem) i nigdy się do mnie nie odezwał. No cóż, ja do niego też się już nie odezwę  .

Bank Ochrony Środowiska – tu też było ciekawie – niemal poległem w boju zanim czegokolwiek się dowiedziałem. Ale po kolei. Na początek tradycyjnie już dzwonię na infolinię. Na dzień dobry dowiaduję się, że wszyscy konsultanci są zajęci i mam zadzwonić później… po czym połączenie zostaje przerwane. Czyli znowu będę musiał przeklikiwać się przez debilne audio-menu i wysłuchiwać reklam, tylko po to, żeby za chwilę dowidzieć się, że tym razem również wszystkie linie są zajęte. Dziękuję za coś takiego! Co za półgłówek to wymyślił?! Naprawdę wolę powisieć na linii i ewentualnie samemu zdecydować, że chcę zakończyć połączenie. Ale Bank oczywiście wie lepiej.

Uderzam do lokalnego oddziału, gdzie po dobrej minucie oczekiwania słuchawkę podnosi osoba, która usłyszawszy że szukam informacji na temat usługi Masowych Płatności Przychodzących od razu przełączyła mnie do „Obsługi Klienta”. Tam natomiast… pani, która odbiera telefon nie ma pojęcia o co pytam. Gdy wyjaśniam, że chodzi o usługę dla firm ponownie zostaję przełączony. Trzecia osoba, z którą rozmawiam, również nie ma zielnego pojęcia na temat usługi. Na dodatek z góry zakłada, że jestem już klientem banku i pyta z jakiej jestem firmy. Cierpliwie tłumaczę, że nie jestem klientem i to chyba nie ma znaczenia z jakiej jestem firmy. W końcu dochodzimy do porozumienia – Masowymi Płatnościami Przychodzącymi zajmuje się „kolega”, który do mnie oddzwoni, podaję więc swój numer telefonu… i słyszę „a czy może być numer stacjonarny”? Nie proszę pani, nie może.

Nikt do mnie nie oddzwonił (czemu mnie to nie dziwi?). Próbuję drugi raz następnego dnia. Tym razem do oddziału ktoś chyba przysłał kopertę z białym proszkiem, bo mimo wielokrotnych prób nikt nie podnosi słuchawki. Pół biedy gdy jestem przełączany z miejsca na miejsce – przynajmniej jest wesoło, ale gdy nikt nie odbiera telefonu zaczynam tracić cierpliwość. Próbuję jeszcze raz i znowu nic. Teraz na infolinię… gdzie oczywiście niczego nie mogę się dowiedzieć, bo infolinia dedykowana jest klientom indywidualnym! O tym jednak dowiaduję się dopiero po połączeniu z konsultantem. Dramat. Na szczęście dostaję chociaż numer telefonu na biurko doradcy dla firm w moim lokalnym oddziale. Niestety, niczego to nie zmienia – mam dwa kolejne numery pod którymi nikt się nie zgłasza. Czy jedyny sposób żeby dowiedzieć się czegoś w BOŚu to stawienie się w oddziale osobiście?

W końcu po długich minutach wiszenia na słuchawce ktoś odebrał… pani poznała mnie po głosie i … „bardzo przepraszam, ale kolega nie pojawił się dzisiaj w pracy. Dzwoniłam do niego i jutro już powinien być i do pana zadzwonić”. Ręce opadają. Na szczęście następnego dnia zadzwonił telefon z Banku. Ciężko się rozmawiało, bo „kolega” był jakiś wyjątkowo zmęczony. Wyciągnąłem od niego cenę za prowadzenie rachunku (39zł) i za przyjęcie przelewu (aż 0,50zł). Dowiedziałem się również, że nie ma żadnych opłat minimalnych. Niestety mój rozmówca w ogóle nie słuchał co mam do powiedzenia i kompletnie nie był zorientowany w sprawach związanych z automatycznym generowaniem raportów. Do tego nie dał sobie wytłumaczyć co mnie interesuje, tylko wchodził mi co chwilę w słowo ze swoją gadką. Trzy razy próbowałem coś powiedzieć zanim raczył mnie wysłuchać. Wcześniej jednak musiałem dać mu się wygadać – facet z uporem maniaka nawijał mi o tym czym jest i jak działa usługa Masowych Płatności Przychodzących. W końcu gdy już wyjaśniłem że chciałbym otrzymać raport automatycznie (bez logowania do banku) w jakimś pliku CSV, odpowiedział że musi się zorientować i że oddzwoni. Po chwili dowiaduję się, że eksport jest możliwy tylko w PDF albo formacie ELIXIR (taki dziwny wynalazek bankowców) ale i tak nie ma możliwości przesłania raportu automatycznie.

Na zakończenie całego testu kolej na Bank Gospodarstwa Krajowego. Jak zawsze zaczynam od infolinii, gdzie od razu zostaję przełączony… i czekam 2 minuty aż ktoś się odezwie (czas w takich chwilach płynie zadziwiająco powoli). Słuchawkę podnosi pani, która (jakoś mnie to nie dziwi) kompletnie nie ma pojęcia na temat Systemu Identyfikacji Masowych Płatności i z miejsca wyjeżdża mi z tekstem, że ja dzwonię do złego departamentu i mam zadzwonić gdzie indziej. Cierpliwie pytam gdzie, bo przecież połączono mnie tu przez infolinię:

— Musi Pan zadzwonić pod końcówkę 720.
— Dobrze, ale końcówkę czego? — Wypalam trochę już zirytowany.
— Numeru telefonu oczywiście! — Jakież to odkrywcze!
— Proszę panią, ale ja dzwonię na infolinię. Czy tutaj też macie różne końcówki?
— … — chyba ją trochę zbiłem z tropu, ale gdy kobieta ponownie się odzywa jej głos nadal daleki jest od uprzejmego — 596 57 20, Sekretariat Departamentu Zarządzania Produktami.
— Czy to jest warszawski numer? — na wszelki wypadek się upewniam. W końcu skąd mam wiedzieć gdzie mnie baba odsyła?
— Oczywiście!

No tak. Oczywiste to może być dla Pani siedzącej za biurkiem przy warszawskiej ulicy, a nie dla mnie dzwoniącego „gdzieś” do Banku na numer telefonu zaczynający się od 0 801. Chyba tylko warszawiacy nie podają numerów kierunkowych – w końcu cały świat kręci się wokół nich  .

W „Sekretariacie…” nikt nie odbiera, mimo że próbuję bardzo długo. Szukam więc listy oddziałów i dzwonię do najbliższego. Zgłasza się „papuga” i każe mi zdecydować gdzie mnie połączyć… sęk w tym, że nie wiem, bo żadna z opcji nie brzmi jak „obsługa firm”. Próbuję więc w dziale obsługi klienta… Pech (jakoś nie czuję się zaskoczony), to nie tutaj. Zostaję przełączony do działu rachunków (dam głowę, że takiej opcji „papuga” mi na początku nie dała). W końcu jakiś konkret, choć skromny, bo jak się dowiaduję „jest to nowa usługa, która weszła praktycznie wczoraj”. Muszę więc uzbroić się w cierpliwość i poczekać aż mój rozmówca sprawdzi ofertę i do mnie oddzwoni.

Tym razem miłe zaskoczenie – telefon dzwoni po kilku minutach. Dostaję konkretne informacje. Cenowo oferta jest atrakcyjna (niski koszt miesięczny – 50zł za prowadzenie rachunku i żadnych abonamentów ani opłat minimalnych), jednak przy małej liczbie przelewów dość wysoka cena za przelew. Przy większej liczbie przelewów (powyżej 5000) cena może spaść nawet do 0,10zł za przelew wchodzący. Ja jednak na razie łapię się w najdroższe widełki – 0,60zł za przelew. Niestety nie ma również możliwości pełnej automatyzacji – raporty płatności trzeba ściągać ręcznie po zalogowaniu na konto. Od 30 września ma wejść opłata aktywacyjna wysokości 100zł.

To by było na tyle jeśli chodzi o same banki, jednak to nie koniec moich bojów. W trzeciej części pisałem o Banku Pocztowym i jego ofercie. Ostatecznie dostałem od nich jeszcze bardziej atrakcyjne warunki – najwyraźniej panu Stanisławowi bardzo zależy na pozyskaniu nowego klienta. Niestety wyjechał na urlop, a przesłana przez niego oferta ma na razie status „nieoficjalnej”. Do końca tygodnia muszę czekać na jej zatwierdzenie przez sztab dyrektorski. Mam nadzieję, że będzie warto. Przeraża mnie to, że wszystko co jest powiązane z „Pocztą” musi ciągnąć się w nieskończoność. Jak z takimi betonowymi procedurami można w ogóle myśleć o konkurencji na rynku? A przecież ustawowo gwarantowany monopol ma się skończyć w 2013 roku.

W następnej części przedstawię podsumowanie całego testu. Postaram się wszystko jakoś otabelkować, a każdej z ofert poświęcić jedno lub dwa podsumowujące zdania. Zapraszam.

Dodaj nowy komentarz

Zawartość tego pola nigdy nie zostanie udostępniona publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w klikalne odnośniki.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
CAPTCHA
Niestety spamerzy za wszelką cenę starają się zrobić z sieci jeden wielki śmietnik. To powinno ich trochę zniechęcić.
Image CAPTCHA
Przepisz tekst widoczny na obrazku.