Niemoc, ale czy twórcza? Czyli wpis trochę o niczym

Koszykówka to wspaniały sport - dynamiczny, zapewniający dużo ruchu, a przy tym wymagający myślenia. Po prostu uwielbiam w nią grać, szczególnie gdy towarzystwo trzyma poziom. W przeciwieństwie do nudnej jak flaki z olejem piłki nożnej, koszykówka jest sportem kontaktowym, a co za tym idzie kontuzjogennym o czym miałem okazję przekonać się nie raz: pęknięcie lewej kości piszczelowej, dwukrotne zerwanie (i liczne naderwania) więzadeł stawów skokowych (po jednym na każdą nogę), poważne naderwanie więzadeł prawego kciuka, wielokrotne zwichnięcia palców dłoni… naciągniętych mięśni, stłuczeń i otarć nie ma już sensu wyliczać - te dwa ostatnie zdarzają się praktycznie zawsze. Liczne kontuzje spowodowały, że mam nienaturalną ruchomość (na boki) w stawach skokowych i gra bez specjalnych, sztywnych stabilizatorów bardzo łatwo może się skończyć kolejną groźną kontuzją. Nie ruszam się bez nich nawet na krótką przebieżkę do lasu.

Mimo to gram nadal. Nie mogę nie grać. To trochę jak uzależnienie od adrenaliny, choć oczywiście nie do takiego stopnia. No i czynnikiem pobudzającym nie jest ryzyko związane z kontuzją. Są nim endorfiny wytwarzane przez moje ciało w czasie gry. Nie potrzeba mi narkotyków - wystarczy dobry mecz koszykówki, w którym walkę toczy się o każdą piłkę. Gdy ostatnio pisałem, że męczy mnie jakaś zaraza i nie pójdę grać… no cóż nie wysiedziałem w domu i w ostatniej chwili spakowałem manele, żeby tylko móc się trochę poruszać na boisku.

W ostatni wtorek też grałem. Jak zwykle. No i mnie ta tytułowa niemoc dopadła. A konkretniej dopadła mój prawy kciuk, który po potężnym uderzeniu pędzącą piłką zrobił się dwa razy grubszy niż zwykle i nabrał interesujących kolorów w okolicach stawów. Dla mnie mecz trwał krótko, choć to chyba dobrze, bo na kąpiel i przebranie się jedną ręką (jestem praworęczny) potrzebowałem dobre czterdzieści pięć minut. Gdyby tyle musiały na mnie czekać, już po meczu, panie zamykające salę na której gramy - chyba własnoręcznie połamałyby mi resztę palców  

W tym miejscu wszystkim narzekającym na publiczną służbę zdrowia, polecam wizyty w szpitalu w godzinach nocnych. Rentgena dłoni, diagnozę i całą resztę tradycyjnie* załatwiłem od ręki w dziesięć minut. Bez rejestracji, bez kolejki, bez czekania i bez tej absurdalnej książeczki ubezpieczeniowej. Na szczęście złamania nie było - tylko solidne stłuczenie. Miła Pani (zauważyłem, że miły personel medyczny w dzień zdarza się znacznie rzadziej niż w nocy), uprzejmie zaproponowała założenie szyny usztywniającej, choć zaznaczyła, że nie jest to konieczne jeśli mogę sam zadbać o swój poturbowany palec, co zresztą zdecydowałem uczynić.

Chwilowo więc ćwiczę lewą dłoń w posługiwaniu się myszką i cofam się w ewolucji ucząc się pisania na klawiaturze dziewięcioma palcami. To drugie okazuję się dużo trudniejsze niż pierwsze - pisanie jest już dla mnie tak automatyczne, że na prawdę ciężko jest mi zmusić się do nieużywania jednego palca. Co chwilę więc mam przestoje, którym towarzyszy nieznośne uczucie bólu potłuczonego palca.

Wiecie jednak co mnie najbardziej w tym wszystkim denerwuje? Ból to tylko drobiazg. To że używając prawego kciuka nie jestem w stanie podnieść czegoś cięższego niż zapałka to też pikuś. Czynności codzienne wykonywane jedną (na dodatek lewą) ręką nie są za bardzo uciążliwe - choć to głównie dzięki zasłudze Żony (wyrozumiała żona to w takich sytuacjach najlepsze co może was spotkać), która dzielnie dba o to żebym nie padł z głodu. Tak na prawdę dwie rzeczy w całym tym zajściu mnie rozzłościły. Pierwsza to fakt, że przed kontuzją pograłem raptem dwadzieścia minut z całego prawie półtoragodzinnego meczu. Druga to to że prawdopodobnie w następny wtorek nie będę mógł jeszcze grać .

* - piszę „tradycyjnie”, ponieważ wszystkie poprzednie kontuzje załatwiałem tak samo. Wszystkie gipsowania jakie w życiu przeszedłem zaliczałem w czasie nocnych dyżurów. Bardzo fajna sprawa i tutaj muszę zaznaczyć, że państwowa służba zdrowia prezentuje się znacznie lepiej niż prywatna. Prywatny szpital (z przychodnią) w moim mieście gdzie czasem zdarza mi się zawitać, mimo iż ma oddział ortopedyczny, to jednak w nocy pracują na nim jedynie pielęgniarki.

No bez przesady, że piłka

No bez przesady, że piłka jest nudna… raczej ta koszykowa - co chwilę zdobywa się punkty, większość ataków jest udanych, odrobienie nawet dużych strat nie stanowi problemu… a w nodze - jedna drużyna ma ogromną przewagę, trafia po kilka razy w słupki i poprzeczkę (vide niedawny mecz Fullham - Liverpool) a mimo tego nie ma prowadzenia, emocje do ostatnich sekund meczu zapewnione - bo wiadomo, jeśli przeciwnikowi uda się wyprowadzić kontrę, to ze zwycięstwa nici, pozostnie walczyć o remis…

Dodaj nowy komentarz

Zawartość tego pola nigdy nie zostanie udostępniona publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w klikalne odnośniki.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
CAPTCHA
Niestety spamerzy za wszelką cenę starają się zrobić z sieci jeden wielki śmietnik. To powinno ich trochę zniechęcić.
Image CAPTCHA
Przepisz tekst widoczny na obrazku.