Hiram I

W całej znanej galaktyce na temat Edenu wiadomo było niewiele. Wprawdzie światów, na których w mniejszym lub większym stopniu obowiązywał fundamentalizm nie brakowało, to jednak Eden, dla większości ludzi był po prostu kompletnie nieznany. Nie miał swoich ambasad, nie utrzymywał kontaktów handlowych ani politycznych ze światem zewnętrznym. Nawet korporacje nie miały tu wstępu. Sam Carter, który w swoim długim życiu widział już niejedno i odwiedził najbardziej zapadłe dziury tego wszechświata, nie byłby w stanie powiedzieć wiele na temat tej planety. Mimo to, wśród garstki rozproszonych po galaktyce chrześcijan, Eden urastał do rangi autentycznego mitu. Dla wielu z nich miejsce to było niczym ziemia obiecana, o której krążyły najróżniejsze legendy, przekazywane z ust do ust, z pokolenia na pokolenie niczym wersy biblii. Zwykli śmiertelnicy nie mieli jednak szansy tu się dostać. Oficjalnie Eden nie przyjmował żadnych transferów osobowości. Nie figurował nawet na większości map gwiezdnych, więc ewentualne frachtowce mogłyby tu trafić jedynie przypadkiem. Jeśli zaś nawet komukolwiek udało by się tu dotrzeć, czy to dzięki determinacji, czy też za sprawą zbiegu okoliczności, zostałby zapewne odprawiony z kwitkiem. Hermetyczna enklawa jaką był Eden, formalnie była zamknięta na świat zewnętrzny.

Gdy Hiram prowadził Cartera z centrum transferowego do promu, mieli do przejścia kilka długich korytarzy. Szli standardowymi, niskimi łącznikami mijając rzędy identycznych drzwi oznaczonych nic nie mówiącymi symbolami. Cartera uderzył zupełny brak personelu i nienaturalna cisza. Zastanawiał się co się stało ze wszystkimi ludźmi, którzy tu na co dzień pracują. Normalnie przecież takie miejsca tętnią wręcz życiem. Szybko jednak poprawił się w myślach, że w istocie nie znajdują się w „normalnym” miejscu, powstrzymał się jednak od komentarza. W zasięgu wzroku nie było żywego ducha, gdy jednak mijali świecą pustkami kantynę Wei nie wytrzymał i zapytał:
— Co się stało z tymi wszystkimi ludźmi? Rozumiem, że nie przyjmujecie zbyt wielu transferów, ale to miejsce wygląda jakby było opuszczone.
— Jutro są urodziny papieża — rzucił Hiram, nie dodając nic więcej, jakby to miało służyć za całe wyjaśnienie.
— I co? Wszyscy ze szczęścia palnęli sobie w łeb? — zakpił w odpowiedzi Carter.
— Nie, po prostu wszyscy mają wolne, by świętować całą uroczystość na dole, na placu św. Piotra. — Hiram zdawał się kompletnie ignorować tą słowną zaczepkę.
— I dziwnym zbiegiem okoliczności akurat dzisiaj mnie tu ściągnęliście. — odpowiedział bardziej już do siebie Carter. Coraz bardziej ciekawiła go ta nowa sytuacja, w której się znalazł. Zdawał sobie sprawę z tego, że cała sprawa jest poważna i że znalazł się w niezłym bagnie, z którego nie łatwo będzie się wydostać, jednakże jednocześnie był bardzo zaintrygowany. Czuł się trochę jak dziecko, które właśnie dostało nową, ciekawą zabawkę. Nie odczuwał strachu, to by po prostu przeszkadzało w wykonaniu zadania, które go czekało. W pewnym momencie tej przechadzki przez puste, zalane jasnym światłem, sterylne korytarze poczuł nawet autentyczną radość, gdy uświadomił sobie, jak dawno nie miał przed sobą prawdziwego wyzwania. Wprawdzie w pierwszej chwili poczuł się jakby z leżaka w ciepłym słońcu wrzucono go wprost do lodowatej wody oceanu, to teraz jednak zaczynał czuć się jak nowo narodzony. Oczywiście praca, którą ostatnio wykonywał nie należała do kategorii spacerków przez park, ale był już nią po prostu znużony. Ciągle te same brudy, ciągle te same kanty, ciągle to samo spojrzenie. To szczególne spojrzenie oczu ludzi, którzy choć budowali imperia, mieli władzę królów i gromadzili fortuny, a którzy z powodu własnej głupoty lub nieostrożności stawali nagle nad przepaścią. Jedni prosili, inni grozili, ale Carter zawsze w ich oczach widział to samo przerażenie zmieszane z paniką, wynikające z faktu, że wszystko co mają, co osiągnęli, za chwilę legnie w gruzach. Tak na prawdę zlecenie dla Nabaniego na Archimedesie, które zostało właśnie brutalnie przerwane, miało być ostatnim w tym wcieleniu. Carter od pewnego już czasu planował kompletną zmianę tożsamości. Potrzebował odmiany, oraz ucieczki od niemałej grupy wrogów, których zdążył sobie narobić jako Carter Wei. Brakowało mu powiewu świeżości, którą mogłaby mu dać nowa tożsamość. Wbrew pozorom nie była to jednak prosta sprawa. W czasach gdy każda świadomość jest dokładnie zewidencjonowana, nie da się ot tak po prostu wskoczyć do nowego ciała i udawać kogoś innego. Każdemu transferowi osobowości towarzyszy odpowiedni zapis w globalnej bazie danych. To swego rodzaju bezpiecznik, który ma właśnie zapewnić, że John Doe, zawsze będzie tym Johnem Doe, niezależnie od tego do jakiego ciała zostanie przelany. To nie są czasy, kiedy by stać się kimś innym wystarczy nowy dokument tożsamości. Teraz potrzebna jest dosłownie nowa tożsamość. Obejście tego zabezpieczenia nie było łatwe, choć nie niemożliwe. Dysponując odpowiednimi kontaktami i środkami można było zapewnić sobie zupełnie nową tożsamość. Carter zrobił to jak dotąd dwukrotnie i jeszcze dwa dni temu przygotowywał się by uczynić to po raz trzeci. Osobiście nie znał jednak nikogo, kto by to kiedykolwiek jeszcze zrobił. Choć może lepszym określeniem byłoby to, że nie znał nikogo, kto by się przyznał, że to zrobił, gdyż dobrze przeprowadzony proces zmiany tożsamości był nie do wyśledzenia, a nikt kto go przeszedł, nie będzie się przecież tym chwalił.

Hiramowi chyba ostatnie słowa Cartera wydały się komplementem, bo rozwiązał mu się nieco język, i zaczął coś opowiadać o tym jak trudno było zgrać wszystko w czasie. Opowiadał śmiejąc się przy tym, że przecież nie można przełożyć urodzin papieża. Takie kurtuazyjne pierdoły. Wei pogrążony jednak w rozmyślaniach słuchał go jednym uchem. Słowa i sens do niego docierały lecz nie miał ochoty brać udziału w rozmowie. Pozwolił Jadonowi się nieco wygadać, w nadziei, że dzięki temu łatwiej będzie go potem pociągnąć za język w bardziej istotnych sprawach.

Dodaj nowy komentarz

Zawartość tego pola nigdy nie zostanie udostępniona publicznie.
  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w klikalne odnośniki.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
CAPTCHA
Niestety spamerzy za wszelką cenę starają się zrobić z sieci jeden wielki śmietnik. To powinno ich trochę zniechęcić.
Image CAPTCHA
Przepisz tekst widoczny na obrazku.