Dzień z życia pacjenta - księga questów
Niedawno przebyłem chyba całą drabinę ewolucji pacjenta narodowej służby zdrowia. W zasadzie lekarzy omijam szerokim łukiem i jak dotąd wychodziło mi to na zdrowie . Są oczywiście wyjątki jak mechaniczne uszkodzenia, które bez odpowiedniego zabezpieczenia mogłyby się źle skończyć, ale tak poza tym, to jedynym człowiekiem w białym fartuchu, którego czasem oglądam jest dentysta.
Państwo wyciąga swoje pazerne łapska po obowiązkowe składki, więc gdy sam czegoś potrzebuję ubiegam się o to bez skrupułów. Choć czasem robię to w nietypowy sposób. Tym razem było jednak trochę inaczej – bardziej tradycyjnie. Zużyły mi się ortezy stawów skokowych (po „naszemu” orteza to stabilizator). W sumie, zużyły to delikatnie powiedziane. Żel wyściełający wewnętrzną cześć usztywnienia dawno już wyciekł, a całość zaczęła się pruć i przesuwać. Używanie tego przestało być komfortowe, no i grozi chyba jakimiś nieprzyjemnościami.
Diagnoza jest oczywista – potrzebne nowe ortezy. Sęk w tym, że nie jest to byle jaka opaska na kostkę, tylko sztywny stabilizator dla sportowców. Cena to jakieś 380zł za sztukę. Na szczęście dzięki dobremu ortopedzie można uzyskać 70% refundacji. I tu pojawia się problem numer jeden. Mój ortopeda może i jest dobry, ale umowy z NFZ traktuje jak bezsensowną stratę czasu. To początek drogi przez mękę.
Teoretycznie znam lekarza, który może wystawić mi odpowiednie „papiery” dla NFZ. Ale co z tego? Żebym mógł je otrzymać muszę przejść oficjalną drogę, jak każdy pacjent. Punkt pierwszy: rejestracja u lekarza ogólnego, tylko po to by dostać skierowanie do specjalisty. Punkt drugi: rejestracja u specjalisty, żeby dostać odpowiedni dokument. Punkt trzeci: wizyta w NFZ w celu realizacji zapotrzebowania na środki ortopedyczne. Niby proste, ale w rzeczywistości cholernie czasochłonne.
Po pierwsze, żeby w ogóle myśleć o wizycie u lekarza potrzebny jest dokument potwierdzający opłacanie składki. Sprawdzenie tego na miejscu w przychodni, poprzez centralną bazę danych NFZ, jest zbyt proste… moment, jaką centralną bazę danych? Zatem dzień rozpoczynam od wizyty u naszej księgowej. Potrzebuję legendarny druk RMUA. Prawdę mówiąc zdeterminowany człowiek mógłby sobie taki druk wystawić samemu – w przychodni i tak nikt by się nie zorientował czy jest on prawdziwy czy nie.
Krok drugi: ląduję w kolejce przed rejestracją do lekarza ogólnego. Dobrze że wcześniej ktoś życzliwy mnie zarejestrował tłumacząc o co chodzi. Mam nawet przypisaną godzinę i „numerek”. I tu miła niespodzianka – w tej przychodni obowiązuje kolejność nadana przy rejestracji, a nie kolejność stawienia się w przychodni, o czym informuje zapis na drzwiach gabinetu. Niestety w związku z tym, że nikt nie ma pojęcia jaki „numerek” aktualnie jest przyjmowany, to i tak w naturalny sposób tworzy się kolejka na zasadzie „kto pierwszy ten lepszy”.
Gdy w końcu staję przed lekarzem i wyłuszczam swoje potrzeby, pada pytanie: Pan do doktora Robaczka jako do rehabilitanta czy lekarza sportowego? Zamurowało mnie? Czy to ma jakieś znaczenie? Przecież to jest ten sam człowiek! No tak, ale ja muszę wiedzieć do kogo mam wypisać skierowanie. Na szczęście doktor Robaczek przyjmuje w tym samym budynku co lekarz ogólny, a nie na drugim końcu miasta. W rejestracji udało mi się ustalić, że powinienem być skierowany do rehabilitanta. Pędem wróciłem do ogólnego i odebrałem drugi z wymaganych dokumentów.
Krok trzeci: znowu kolejka, tym razem do rejestracji u doktora Robaczka, rehabilitanta. Rejestracja do doktora Robaczka, lekarza sportowego – w tym samym okienku. Odstałem swoje i tutaj miła niespodzianka – doktor Robaczek zapowiedział moją wizytę, więc wszystko poszło sprawnie… po czym dowiedziałem się, że doktor Robaczek skończył już na dzisiaj pracę. Ale jest nadzieja – drugi etat ma w innym szpitalu, gdzie będzie na mnie czekać razem ze wszystkimi dokumentami. Już zacząłem się cieszyć, że wszystko załatwię jednego dnia… radość jednak była przedwczesna, ale nie uprzedzajmy faktów.
Krok czwarty: wizyta u doktora Robaczka. Tutaj czeka mnie oczywiście kolejka numer trzy. Jak dotąd najdłuższa. Na dodatek w paskudnych warunkach. Syf kiła i mogiła – inaczej nie da się tego opisać. Stary budynek z początku wieku straszy peerelowskim wyposażeniem. Doktor Robaczek, miły facet ale strasznie niezdarny. Pierwszy raz ma do czynienia z zapotrzebowaniem na sprzęt ortopedyczny i do trzymanej przed sobą kartki papieru podchodzi jak do bomby zegarowej. Po chwili dochodzę do wniosku, że ja lepiej wiem co powinno być wpisane we wniosku dla NFZ niż on. Niemal widzę jak w zdenerwowaniu drga mu ręka, a na czoło występują krople potu. Jakby zaznaczenie niewłaściwego pola na formularzu miało spowodować wybuch, który zmiecie cały szpital z powierzchni ziemi. Wreszcie się udało – mam trzeci z wymaganych dokumentów.
Krok piąty: jadę do NFZ żeby zatwierdzić wniosek. Gdy docieram na miejsce i parkuję samochód w jakiejś zaspie (pierwszy darmowy parking tego dnia!) okazuje się, że NFZ nie ma! Hurra! Zlikwidowali! Niestety nie. Jakaś pani sprowadza mnie na ziemię. Przenieśli się do droższego biurowca. Z płatnym parkingiem. Jadę pod nowy adres i tam pierwszy raz udaje mi się nie stać w kolejce. Szczęśliwy, że wszystko zaraz się skończy i będę mógł wreszcie kupić nowe stabilizatory, podaję kartę pani za biurkiem. Szybko zostaję sprowadzony na ziemię – wniosek został wypełniony na niewłaściwym formularzu. Dramat. Ale w sumie nic dziwnego, po tym jak do sprawy podszedł doktor Robaczek.
Jest jeszcze jedna dobra wiadomość: NFZ nie ma środków na wypłatę świadczeń, o które wnioskuję i w związku z tym zostanę zapisany do kolejki. Nie wytrzymałem i pytam, jak to jest, że ja muszę płacić składki bezwarunkowo, a jak spóźnię się choćby o jeden dzień, to mam przesrane. Tymczasem NFZ nie ma środków. Dowiaduję się tylko, że w ustawie jest zapis pozwalający utworzyć kolejkę oczekujących. I tyle w temacie. Kiedy będą środki? Nie wiadomo, ale na pewno w tym roku. Pocieszające.
Krok szósty: z właściwym formularzem zasuwam z powrotem do doktora Robaczka. Równy z niego gość, ale więcej czasu zajmuje mu tłumaczenie się, że przecież to nie jego wina, że dał zły formularz, bo taki dostał od sekretarki itp, itd, niż wypełnienie nowego druczku. Znowu wszystko trwa niczym rozbrajanie tykającej bomby. Skróciłem sobie jedynie cierpienia związane ze sterczeniem w kolejce, która w międzyczasie odrosła do swojej pierwotnej długości. Czasami mam wrażenie, w publicznej służbie zdrowia długość kolejki jest stała dla każdego lekarza, niezależnie od dnia czy godziny. Na koniec doktor Robaczek ucieszył mnie informacją, że niestety nie ma ze sobą pieczątki (została w drugiej przychodni), a poprzedni druczek (ten błędny) miał już opieczętowany. Milusio.
Krok siódmy: wracam do przychodni po pieczątkę. Poszło prawie sprawnie. Pani w rejestracji wiedziała, że przyjdę i czego będę chciał, ale nie obeszło się bez tłumaczeń podobnych do tych u doktora Robaczka. Ja musiałem wytłumaczyć dlaczego druczek był niewłaściwy i jednocześnie wysłuchać, dlaczego dostałem nie to co trzeba. Prawdę mówiąc miałem już dość i mnie to kompletnie nie interesowało, ale widać pani rejestracja poczuła się zobowiązana. Nawet sprawdziła jakie druczki ma w szafie. Na koniec mało co nie podarła tego poprawnego formularza. Pięć minut mi zajęło tłumaczenie (już po opieczętowniau!), który druczek ma wyrzucić i dlaczego.
Krok ósmy: ponowna wizyta w NFZ. Nieco podminowany, byłem gotowy na jakiś niespodziewany obrót sprawy. Expect the unexpected, jak to mówią amerykanie. Prawdę mówiąc trochę się zawiodłem, bo już nic więcej się nie wydarzyło. Niepotrzebnie się na koniec napinałem. NFZ zabrał sobie mój wniosek i poinformował, że jak będą pieniądze to dostanę go już zatwierdzonego w liście poleconym. Pozostaje mi więc już tylko czekać.
Na koniec małe podsumowanie. Mimo niespodzianek wszystko poszło bardzo sprawnie. Głównie dzięki temu, że doktor Robaczek (to nie jest jego prawdziwe nazwisko) jest znajomym kogoś w rodzinie. Na dodatek kierownikiem jego przychodni również jest znajomy kogoś w rodzinie. Udało się więc wszystko załatwić tak, że chodziłem tylko od okienka do okienka, gdzie z grubsza widzieli czego mi trzeba. Gdyby nie to – nie wyobrażam sobie ile mogłoby to wszystko trwać, jak długo musiałbym tłumaczyć o co chodzi i pewnie nosić jeszcze jakieś dodatkowe papiery. Ile czasu straciłbym na bezsensowne sterczenie w kolejce – mam nadzieję, że nigdy się nie dowiem. Ciekawe też jest to, że ogólnie służba zdrowia w tym starciu okazała się bardzo miła i uprzejma. No może poza babką w rejestracji do lekarza ogólnego, która zaprezentowała fachową oschłość, która już na starcie starła uprzejmy uśmiech z mojej twarzy.
Mały detal – księgowa, obie przychodnie i NFZ – wszystko to zlokalizowane jest w ścisłym centrum. W sumie musiałem siedem razy zapłacić za parking, a szukanie miejsc i spacery do parkometrów zajęły mi prawdopodobnie tyle samo czasu co sterczenie w kolejkach pod gabinetami.
A pomyśleć, że jeszcze niedawno śmiałem się z wpisu Marcina Kosedowskiego i jego „Księgi questów”.
Pingback
[...] jeszcze pamięta mój dzień z życia pacjenta? W końcu dostałem tę [...]
Dodaj nowy komentarz